Strona używa plików cookies. Zgadzasz się na to?

Tureckie perypetie część 2. Ankara – domki z kart i Ataturk wita.

uzaleznionaodpodrozy.pl - 2 lutego 2015

Ankara – miejsce, którego bym pewnie w najbliższej przyszłości nie odwiedziła, gdyby nie zaproszenie koleżanki przebywającej tam na Erasmusie (patrz Tureckie perypetie, część 1). Spędziłam w niej tydzień i ukazała mi się jako miasto wielu kontrastów. Stolica Turcji nie jest ani perełką architektoniczną, ani nie wyróżnia się niczym specjalnym, jednak to tam spędziłam bardzo specyficznego Sylwestra z fajerwerkami w telewizji, poznałam niezwykle przyjaznych ludzi i doświadczyłam jedynej w swoim rodzaju spirytualistycznej fascynacji Islamem. 

Kiedy już doszliśmy do siebie po podróży z Berlina, ruszyliśmy na podbój miasta. Na pierwszy ogień poszedł pobliski targ, który koniecznie chciała nam pokazać koleżanka. Na miejscu zrozumiałam, jaki był tego powód. Inaczej niż na bardzo europejskim Wielkim Bazarze w Stambule, o którym mowa będzie w kolejnym poście, naszym oczom ukazało się jedno wielkie szaleństwo. Tylu podróbek sportowych marek, czy metek towarów rzekomo z nazwiskami największym modowych projektantów nie widziałam nigdzie. Nad moją głową fruwały staniki, szaliki, bluzy i cała gama chust. Część sprzedawców stała na drewnianych stołach i wykrzykiwała hasła typu „U mnie kupicie najtańsze majtki prosto od Armaniego!”, czy coś w tym stylu, przynajmniej tak mi się zdawało. To była prawdziwa miniaturka przekroju społeczeństwa tureckego, nikt tam nawet nie próbował elegancko zachowywać się w stosunku do europejskich klientów, jak w Stambule, tylko po prostu był sobą i szczerze przekonywał o wartości swojego produktu. Bardzo mi się to spodobało, głośno, przaśnie i sami tubylcy.

Widok ze schodów Mauzoleum Atatürka

O Ankarze można powiedzieć wiele, ale najpewniej to, że jest miastem bardzo wdzięcznym Mustafie Kemalowi Atatürk (pierwszemu prezydentowi Republiki Turcji), który w swoim kraju uważany jest za bohatera. Wódz i ojciec wszystkich Turków przeniósł stolicę ze Stambułu do Ankary w 1920 roku i właśnie to wydarzenie wpłynęło na znaczny rozwój miasta, obecnie zamieszkałego przez cztery miliony ludzi. Trzeba przyznać, że sama postać Mustafy Kemala jest szalenie interesująca, a jego osiągnięcia takie jak obalenie sułtanatu, wprowadzenie nazwisk, kalendarza gregoriańskiego, alfabetu łacińskiego, czy znaczny rozbrat religii z instytucją państwa mają swoje odzwierciedlenie we wpółczesnej rzeczywistości tureckiej. Dlatego też nie może dziwić, że na każdym kroku szczególnie w Ankarze można napotkać oznaki wdzięczności wobec pierwszego prezydenta Turcji. Niewątpliwie najbardziej okazałym miejscem jest Mauzoleum Atatürka, gdzie sufit nad grobowcem pokryty jest 24-karatowym złotem, a obywatele tego kraju podchodzą, żeby pochylić głowę w ramach podziękowań. W kompleksie tuż obok grobowca udało się nam zobaczyć okazałą kolekcję zabytkowych aut prezydenta. Sam Mustafa Kemal był człowiekiem o poglądach proeuropejskich i dopiero na miejscu zrozumiałam, jaki wpływ jego ideologia wywarła na Turcję, która chociażby na arenie politycznej ma zakusy na członkowstwo w Unii Europejskiej. Sam fakt, że odwiedziłam ten kraj na zaproszenie koleżanki, która przebywała tu na ERASMUSIE, jest dosyć wymowny.

Dzielnica Kızılay – centrum miasta 

Jeżeli chodzi o turecką kuchnię to właśnie w Ankarze zjadłam pierwszy kumpir, menemen (jajecznica z pomidorami i dodatkami), czy kebab, popijając ayranem (słony jogurt). Turcja z alkoholu ze względu na Islam nie słynie, więc spróbowałam tylko słabego piwa Efes. Co mnie jednak najbardziej ucieszyło, to pierwsza w życiu szisza (chociaż jestem przeciwnikiem palenia) właśnie w Ankarze w doborowym towarzystwie polsko – kurdyjsko – tureckim przy grze monopol. Z racji tego, że to w Turcji tradycja, na chwilę porzuciłam swój sprzeciw wobec palenia.

Kumpir – duży ziemniak z warzywami i sosami / Pomnik „Bezpiecznej i pewnej przyszłości” – w parku Güven w pobliżu Placu Kızılay, wzniesiony w 1936 z napisem-przesłaniem Atatürka do Turków: „Bądźcie dumni, ciężko pracujcie i wierzcie w siebie!”

Uboga dzielnica Ankary – domków z kart (jak je nazwałam), gdzie gęstość zaludnienia jest ogromna, co sprawia, że w Ankarze mieszka ponad 4 miliony ludzi

Miasto kontrastów, z jednej strony pozłacne Mauzoleum, a z drugiej piramidy domków z kart, bo inaczej tego nazwać nie można. Miałam wrażenie wspinając się na kilka ankarskich wzgórz, że jak dotknę takiej chatki, rozleci się na kawałeczki. Gęstość zaludnienia ogromna, stąd te 4 miliony ludzi. Z drugiej strony prężne centrum Kızılay, uczelnie wyższe, meczety i kilka zabytków, w tym ruiny rzymskich budowli. Przede wszystkim jednak parki (np. Harikalar Diyarı – największy park w „Europie” w obrębie miasta) – to na pewno miasto parków.

Pod względem religijnym w Ankarze liczyłam na trochę więcej, w sumie sama nie wiem na co więcej, może dlatego, że to pierwszy raz w kraju podobno muzułmańskim. Wręcz zszokował mnie widok meczetu, w którym na piętrze -1 znajdowało się centrum handlowe. W przypadku stolicy, Turcja wydaję się być mocno rozbratana z Islamem. Od mieszkających tam ludzi słyszałam, że nie chodzą do meczetów. Gdy tak sobie już myślałam o muzułmanach w sumie ateistach, poszłam do pobliskiego parku na wzgórzu i usłyszałam jedne z najpiękniejszych dźwięków w moim życiu – nawoływanie imama do porannej modlitwy. Melodia wydobywała się ze wszystkich meczetów i unosiła ponad wzgórzami Ankary, nie było słychać nic prócz śpiewu. Od tamtej pory nie pamiętam, żebym przeżyła tak silne spirytualistyczne doznanie jak wtedy.

Bar, w którym spędziliśmy Sylwestra

W Ankarze najbardziej urzekli mnie ludzie, których poznałam. Bardzo gościnni, uśmiechnięci, gotowi do pomocy i chętni do zabawy. Spędziliśmy z nimi i całą ekipą erasmusową Sylwestra w barze, w którym miałam przyjemność gościć pierwszego wieczoru. Zespół ze sceny pokrzykiwał „Thank you Polish team for enjoy the party!”, bo w sumie jako nieliczni tańczyliśmy. Sami sobie odliczyliśmy od dziesięciu do północy, bo tam nikt tego nie robił, a fajerwerki prosto z Berlina obejrzeliśmy w telewizorze wiszącym na jednej ze ścian pubu. W Ankarze nikt nie strzelał, ale było pięknie, bo w genialnym towarzystwie,  a po drugim piwie nawet nie przeszkadzała mi turecka toaleta, a technikę „na Małysza” opanowałam do perfekcji.

Wasze opinie

komentarze

Ceny

Transport

  • od 300 do 600 zł - w 2010 leciałam Sun Express z Berlina za ok. 500 zł, obecnie jest dużo więcej możliwości z Polski okazyjnie z Tui, czasem LOT, z Berlina kilku przewoźników
  • 20 - 25 lirów - pociąg ze Stambułu do Ankary z przesiadką w Eskişehir
  • 1 lira - bilet jednorazowy na metro w Ankarze, opłaca się kupować na kilka lub kilkanaście przejazdów, pojedynczy bilet wynosi wtedy 0,75 lira
  • ok. 20 lirów - autokar z posiłkiem w cenie na trasie Ankara-Stambuł w 2010 roku
  • 12 - 15 lirów- autokar z centrum Stambułu na lotnisko Sabiha Gökçen, zależy od przewoźnika, jedzie ok. 90 minut

Nocleg

  • za darmo - w Ankarze z racji znajomości nie musieliśmy za niego płacić, dzięki :-)
  • 8 lirów/osoba - miejsce w pokoju 8 - osobowym w Levanten Hostel w bocznej uliczce od głównego deptaka Stambułu - Istiklal Caddesi

Jedzenie i picie

  • 1,5 do 3 lirów - kebab, często z Ayranem w cenie
  • 6 - 8 lirów - tradycyjna potrawa - kumpir - ogromny ziemniak z masłem, warzywami i sosami
  • 4 - 7 lirów - tradycyjne śniadanie - menemen, czyli jajecznica z pomidorami i dodatkami
  • 3 liry - kasztany w Stambule
  • 3 liry - gorąca chałwa w kubeczku na ulicach Stambułu
  • 2,50 - 3,50 - zupa soczewicowa z chlebkiem
  • ceny w supermarketach - bardzo podobne jak w Polsce, zależnie od produktów, często też niższe